Droga s. Mario,
są takie chwile w życiu, kiedy w człowieku mieszają się różne, przeciwstawne uczucia. Dziś nasza wspólnota parafialna przeżywa z jednej strony smutek, bo wyprowadza się od nas ktoś ciepły, radosny i serdeczny, z drugiej ufamy Bogu, że On wie lepiej, i że tak po prostu musi być. Czujemy żal, że nie będziemy mogli się tak często widywać i razem pracować, ale też czujemy wdzięczność, że drogi naszego życia się spotkały i dwa lata biegły równolegle.
„(…) ta parafia była dla mnie jak rodzina i zawsze się tutaj tak czułam” – to chyba najlepszy komplement dla nas. Ale jeśli czuła się tu Siostra jak w domu, to proszę pamiętać, że do domu się wraca. Że w tym domu zawsze ktoś będzie czekał z otwartymi ramionami i sercem, że z tego domu wciąż będzie płynęła modlitwa w Siostry intencji.
W miechowickim domu zostawia Siostra po sobie wiele dobra. Od wielkich dzieł jak udział w powołaniu do życia Fundacji „Kopalnia Nadzieja”, przez pracę duszpasterską z dziećmi, Małymi Misjonarzami, młodzieżą, osobami starszymi i w kryzysie bezdomności, pomoc w półkoloniach, po codzienną, żmudną, zwykłą pracę – dbanie o czystość ołtarzy, szat liturgicznych, bielizny kielichowej, pomoc w tworzeniu gablotek czy pisanie artykułów do Głosu Krzyża. Dziękujemy za tę pracę i głęboko wierzymy, że kiedyś Pan Bóg obficie za nią Siostrę wynagrodzi, oraz że owoce tej pracy przyczyniły się i nadal będą się przyczyniać do większej chwały Pana.
Drodzy Czytelnicy, pozwólcie teraz na małą „prywatę”… Kochana Sister Mary, jak zwykłam zwracać się do Siostry… Kiedy przyszła Siostra do Miechowic, od razu złapałyśmy wspólny język. Cieszę się, że mogłyśmy współpracować przez te dwa lata. Dała się Siostra poznać jako „charakterna góralka”, taka z krwi i kości. Dla mnie wielkim świadectwem miłości Siostry do Pana Jezusa jest codzienne zapominanie o sobie – swojej wygodzie, zmęczeniu, odpoczynku – i bycie tam, gdzie jest to konieczne. Ze łzą w oku wspominam nasze rozmowy, te bardziej i mniej poważne, zwierzenia, pielgrzymki, półkolonie, wspólną modlitwę, granie i śpiewanie na Mszach św. szkolnych czy klasztorną herbatę. Będę pamiętać też Siostry opowieści jak uczyła się śląskiej gwary i oczywiście anegdotę z rozważaniami o kurze, która ma cztery nogi – ilekroć sobie to przypominam, zaczynam się śmiać.
Z całego serca życzymy, aby nigdy nie traciła Siostra Bożego Ducha, miłości, zapału i entuzjazmu do dalszego spalania się dla Boga, Kościoła i drugiego człowieka. Niech dąży Siostra do tego, by być jak chleb – pachnący miłością, dla każdego. Zapraszamy do Miechowic tak często jak będzie to możliwe. W końcu, Lubliniec, to nie koniec świata.
Karolina