Świętych, Błogosławionych i Sług Bożych. Nigdy nie powtórzyliśmy żadnego scenariusza, aż do teraz. Ale zrobiliśmy to ze względu na wyjątkowe okoliczności. Przeżywamy w Kościele Rok Jubileuszowy św. Franciszka, więc aż prosiło się, aby przypomnieć naszym wiernym historię tego wielkiego Świętego. I tak, sł. Boża Marta Robin ustąpiła miejsca Biedaczynie z Asyżu, a z Martą poznamy się w przyszłym roku, jeśli Pan Bóg pozwoli.
Św. Franciszek nie od zawsze był święty. Prowadził, powiedzielibyśmy, dość imprezowy styl życia. Został nawet okrzyknięty królem młodzieży asyskiej. Jego nawrócenie przebiegało stopniowo, jednak najbardziej wzruszający był moment, kiedy zaczął rozdawać majątek ojca ubogim, a sam, na rynku, rozebrał się z drogich szat i powiedział, że od teraz jego matką jest Pani Bieda, co pchnęło jego ojca do wydziedziczenia syna. Wszyscy myśleli, że młody Franciszek oszalał i właściwie coś w tym było – oszalał z miłości do Jezusa. To wszystko mogliśmy zobaczyć w pierwszej scenie części bolesnej. Główna rola przypadła do zagrania Bartkowi Heknerowi.
Tajemnica druga to przejmująca historia, kiedy ubrani w łachmany bracia franciszkowi wraz ze swoim założycielem przybyli przed oblicze samego papieża Innocentego III, aby prosić go o zatwierdzenie Reguły ich życia i tym samym Zgromadzenia Braci Mniejszych. Ojciec św., początkowo sceptyczny, miał sen, w którym Bazylika Świętego Piotra była bliska zawaleniu, a podtrzymywał ją swoimi rękoma jakiś żebrak. Tym żebrakiem był właśnie Franciszek, który usłyszał wewnętrzny głos Boga „Idź i odbuduj mój Kościół”. W czasach, w których żył asyski Święty, Kościół był targany przez liczne herezje. Ten sen przekonał papieża, że dzięki Franciszkowi i jego braciom wszyscy na własne oczy zobaczą ludzi żyjących według Ewangelii.
Trzecia scena to piękna pochwała Stwórcy w wykonaniu św. Franciszka, który wszedł na drzewo, aby włożyć pisklę do gniazda. „Pieśń słoneczną” jego autorstwa bezbłędnie i bez zająknięcia wyrecytowała Julka Łuksza. Gratulujemy, ponieważ jest to długi tekst, a Julia zrobiła to z pamięci.
Franciszek był pierwszym w historii Kościoła stygmatykiem. Współcześni jemu nie mieli bladego pojęcia o tym, że można nosić na ciele krwawiące znaki męki Chrystusa. Otrzymanie stygmatów było treścią czwartej sceny.
Na zakończenie Biedaczyna z Asyżu pokazała nam, że nawet nadchodzącą śmierć można witać śpiewem, jeśli żyje się Bogiem. Odejściu Franciszka towarzyszyło czytanie opisu męki Pańskiej oraz śpiew piosenki „Laudato si”. Utwór został odtworzony, a Jacek Sikora miał jedynie poruszać ustami udając, że śpiewa. Jakież było nasze zaskoczenie, kiedy po scenkach wielu wiernych powiedziało, iż byli przekonani, że Jacek autentycznie wykonuje tę piosenkę. Dodajemy tę historię do naszych anegdotek scenkowych.
Dziecięca grupa teatralna nie zawiodła i najlepiej jak potrafiła, przedstawiła sceny biblijne. Rolę Jezusa zagrał, podobnie jak w części światła, Adam Trawiński.
Nie można nie wspomnieć o strojach, które mieli na sobie nasi aktorzy. Tym razem wypożyczyliśmy je z Opery Śląskiej. Dziewczęta wyglądały jak średniowieczne szlachcianki, a całość dopełniały misternie uplecione i upięte fryzury. Pozostaje tylko pogratulować i serdecznie podziękować wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do przygotowania części bolesnej. Niech św. Franciszek hojnie Wam błogosławi.
Karolina